Chicza: ekologiczna guma do żucia z lasów deszczowych

chicza_ekologiczna_guma_do_zucia

Dużo czytam ostatnio o tym, jak ograniczyć plastik w codziennym życiu, i wśród wszystkich porad typu „10 kroków do życia bez plastiku” jedna mnie nieco zaskoczyła: przestań żuć gumę. Może dlatego, że sama nie pamiętam już, kiedy ostatnio sięgnęłam po miętowy pasek lub pastylkę, i nawet nie przypuszczałam, że guma do żucia może mieć tak wiele wspólnego z plastikiem.

Dawno dawno temu guma do żucia produkowana była z chicle – naturalnego mleczka otrzymywanego z pnia pigwicy właściwej (drzewa pochodzącego z Ameryki Środkowej). Odkąd jednak na całym świecie zapanowała moda na żucie gumy, ze względów ekonomicznych do jej produkcji stosuje się polimery.

W tradycyjnych gumach do żucia tzw. gumę bazową stanowią najczęściej poliizobutylen lub polioctan winylu – te same sztuczne substancje, które stosowane są do produkcji klejów, wykładzin, uszczelek, farb, lakierów, mas szpachlowych.

Polimery zapewniają odpowiednią konsystencję i łączą ze sobą pozostałe składniki, m.in. substancje słodzące, aromaty, fosforan wapnia, glicerynę, przeciwutleniacze i regulatory kwasowości.

Szczególnie substancje słodzące, takie jak np. acesulfam K i aspartam, budzą wiele kontrowersji i nadal nie ma pewności co do bezpieczeństwa ich zastosowania w produktach spożywczych. Również w przypadku większości pozostałych składników gumy do żucia mówi się o maksymalnej dobowej dawce, a na liście możliwych skutków przedawkowania znajdują się między innymi dolegliwości ze strony układu pokarmowego, negatywny wpływ na pracę serca, poziom cukru we krwi czy działanie niektórych lekarstw.

Pod jednym z artykułów na temat składu gumy do żucia znalazłam wiele komentarzy w stylu: „Gdybym sugerował się tym, co piszą w Internecie, to bym niczego nie tknął, bo wszystko szkodzi”. Mnie tam argument, że zwykła guma do żucia to połączenie plastiku i słodzików, akurat przekonuje. A wrogiem gumy czyni dodatkowo fakt, że rozkłada się ona około 5 lat.

Na szczęście dla miłośników gumy do żucia istnieje naturalna alternatywa: organiczna i biodegradowalna chicza.

Choć w ogóle nie jestem fanem żucia, na potrzeby tego wpisu postanowiłam przetestować chiczę na własnych kubkach smakowych. Do testu wybrałam smak łagodnej mięty (spearmint). Dostępne są jeszcze 3 inne smaki: mięta, limonka i cynamon.

chicza_guma_do_zuciaGuma zapakowana jest w kartonik, a następnie w srebrną folię – dla niektórych może to ważne, ponieważ zauważyłam, że kawałek odłamany na drugi dzień miał nieco inną konsystencję niż ten żuty pierwszego dnia. Zresztą na opakowaniu zaznaczono, że ze względu na to, iż produkt zawiera tylko i wyłącznie naturalne składniki, reaguje on na zmiany temperatury. Różnica w konsystencji jest jednak na tyle delikatna, że nie ma to w ogóle wpływu na komfort żucia ani smak.

Żując chiczę, od razu czuje się, że nie ma ona nic wspólnego z polimerami albo innym plastikiem. Wydaje się ona bardziej krucha i bardziej „porowata” niż tradycyjne gumy do żucia. Smak jest dość wyrazisty i utrzymuje się przez ok. 10 minut – czyli wcale niewiele krócej niż w przypadku tradycyjnych gum. Poza tym w przypadku zwykłej gumy do żucia po ulotnieniu się smaku zawsze miałam natychmiastową potrzebę wyrzucenia jej do kosza – chicza natomiast nadal przez kilka-kilkanaście minut nadaje się do żucia.

W skład chiczy wchodzą: sproszkowany syrop z trzciny cukrowej, guma bazowa, glukoza, syrop z agawy i aromaty. W tym wypadku jednak guma bazowa to nie polimery, lecz mieszanina chicle z naturalnymi woskami, a aromaty to esencje z dziko rosnących owoców, ziół i przypraw. Ponieważ chicza nie zawiera barwników, a gumy bazowej jest w niej aż 40%, nawet ta miętowa ma szarobury kolor.

Dzięki naturalnym składnikom chicza jest w pełni biodegradowalna – już po kilku tygodniach zamienia się w użyźniający glebę pył.

Ciekawa jest także kwestia samej produkcji, za którą odpowiada Consorcio Chiclero – związek 56 spółdzielni działających na meksykańskim półwyspie Yucatan i zrzeszających około 2000 farmerów zwanych chicleros. Społeczność ta od ponad stu lat w całkowicie przyjazny środowisku sposób zbiera i przetwarza mleczko chicle z wysokich drzew pigwicy właściwej (chicozapote). Podczas zbioru wykonuje się powierzchniowe nacięcie w drzewie, z którego mleczko wolno spływa do umieszczonych poniżej toreb. Po takim zabiegu drzewo „odpoczywa” przez następne 6-7 lat, dzięki czemu chicozapote mogą żyć nawet 300 lat.

Ponieważ drzewa te nie są w stanie produkować mleczka, jeśli nie żyją w swoim naturalnym środowisku: lesie deszczowym, chicleros przywiązują szczególną wagę do tego, by roztropnie gospodarować zasobami i bronić lasy przed wycięciem – stąd nazywani są „strażnikami lasu deszczowego”. Poza tym konsorcjum postuluje ideę samowystarczalności, sprawiedliwego handlu i godziwych zarobków – dlatego właśnie farmerzy sami produkują i dystrybuują chiczę, co daje im dochód kilkukrotnie wyższy niż gdyby sprzedawali swoje produkty korporacjom.

Jak pisałam, nie jestem fanką gum do żucia, ale jeśli miałabym jeszcze kiedyś jakąś kupić, to na pewno będzie to chicza. Tu, gdzie mieszkam, dostępna jest ona na szczęście w każdym sklepie z żywnością ekologiczną. Natomiast w Polsce pewnie trzeba trochę poszukać albo zamówić w jednym z wielu sklepów internetowych z produktami ekologicznymi. Cena jednej paczuszki gum to minimum 6 zł plus koszty wysyłki, dlatego jeśli już kupować przez Internet, to lepiej dorzucić chiczę do koszyka z większymi zakupami.

Dajcie znać, czy udało Wam się kupić chiczę i gdzie – i oczywiście: jak wrażenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *