Clean eating, czyli jeszcze tylko rzucę słodycze i jestem trendy

clean_eating_czyste_jedzenie_dieta

W ostatnich kilku dniach w trzech różnych niemieckich czasopismach natrafiłam na artykuły o clean eating. Pierwszy magazyn traktował temat z perspektywy zdrowia, drugi – urody, a trzeci – przyjazności środowisku. Co to za nowy sposób odżywiania, który w kilka tygodni uczyni nas zdrowymi, pięknymi i zielonymi?

Clean eating to z angielskiego czyste jedzenie. Nie chodzi tu jednak o mycie owoców i warzyw, ale o spożywanie produktów w formie jak najbardziej zbliżonej do ich naturalnej postaci, a więc wcale lub jak najmniej przetworzonych.

Sceptycy zapewne zaprotestują, że to kolejna dieta-cud, która i tak nie działa. Otóż nie – clean eating to nie dieta, ale kompleksowe podejście do odżywiania i przygotowywania posiłków, które czasem wymaga radykalnej zmiany sposobu myślenia i codziennego funkcjonowania.

Jeśli jednak ma się odpowiednią motywację i trochę samozaparcia, modyfikacje menu wcale nie są takie trudne ani kosztowne. Sama zresztą z radością odkryłam, że już od jakiegoś czasu stosuję się do większości zasad czystego jedzenia. Mam jeszcze co prawda na sumieniu jeszcze kilka grzeszków, jak np. spożywanie zbyt dużej ilości słodyczy. Ale jak tylko uda mi się wykreślić je z jadłospisu, będę mogła powiedzieć, że stosuję clean eating – czyż nie brzmi to dużo bardziej intrygująco niż pospolite „zdrowo się odżywiam”?

No właśnie – przecież czyste jedzenie to po prostu zdrowe jedzenie: czyli przede wszystkim nienapakowane chemią. Poniżej zebrałam najważniejsze zasady. Sami zobaczcie, że ma to sens.

Po pierwsze: tylko naturalne produkty

Zamiast kupować gotowe produkty pochodzące z jakiegoś zakładu przetwórstwa spożywczego, stawiamy na dania przygotowane na świeżo i w zdrowy sposób. Taka oczywista zmiana w menu dla niektórych może wiązać się z przeorganizowaniem życia – bo w myśl zasady „wiem, co jem” zdrowe posiłki najlepiej przygotowywać samemu i zabierać ze sobą do pracy. Tak, tak – bye, bye mrożona pizzo odgrzewana w mikrofali i przerwo na lunch w burgerowni za rogiem.

Poza tym powinno się jeść:

  • jak najwięcej świeżych owoców i warzyw, różne rodzaje sałat – wszystko najlepiej lokalne i sezonowe,
  • produkty pełnoziarniste,
  • chude mięso, oczywiście najlepiej znanego pochodzenia, dużo ryb (o tym, czym kierować się przy wyborze ryb, pisałam w artykule Lubisz ryby? Noś przy sobie przewodnik WWF),
  • produkty roślinne zawierające wartościowe białko, jak np. fasola,
  • zdrowe tłuszcze, np. oliwa z oliwek, orzechy, nasiona, olej kokosowy, lniany, jajka, awokado.

Na czarnej liście znajdują się natomiast:
chipsy, potrawy smażone, zupy z torebki czy puszki, gotowe sosy i dipy do sałatek, słodzone napoje, ciastka czy pączki, a także wszelkie produkty z dodatkiem białej mąki.

Należy także uważać na sól, szczególnie kuchenną, która w procesie chemicznego oczyszczania zostaje pozbawiona wszelkich cennych minerałów i mikroelementów. A zamiast cukrem najkorzystniej jest osładzać sobie życie miodem, syropem ryżowym lub z agawy.

Po drugie: im krótsza lista składników, tym lepiej

Niektórzy wyznawcy clean eating mówią, że jeśli na etykiecie produktu widnieje więcej niż 5 składników, lepiej zostawić go na sklepowym regale. Generalnie obowiązuje zasada, że im dłuższa lista składników, tym bardziej prawdopodobne, iż produkt został znacznie przetworzony. Całkowitym tabu objęte są oczywiście konserwanty, barwniki, słodziki, aromaty czy wzmacniacze smaku. Osobiście kieruję się tu regułą, że jeśli nie znam jakiegoś składnika na liście, to nie wkładam takiego produktu do koszyka (stąd na przykład moja niechęć do kostek rosołowych).

Po trzecie: regularne posiłki

Około 5-6 posiłków dziennie, w tym śniadanie, obiad, kolacja i lekkostrawne, ale pożywne przekąski jako metoda na głoda. Małe, zbilansowane porcje.

Po czwarte: śniadanie to podstawa

Drożdżówka wrzucona na pusty żołądek po drodze do pracy i popita kawą na wynos się nie liczy. Aby zapewnić organizmowi energię na cały dzień i rozruszać metabolizm, należy poranek zorganizować sobie tak, by w spokoju zjeść zdrowe pełnowartościowe śniadanie składające się np. z kromki pełnoziarnistego chleba i jogurtu naturalnego z owocami i orzechami.

I wreszcie: clean eating to także clean drinking

Nic odkrywczego: 2-3 litry wody lub niesłodzonej herbaty, najlepiej zielonej. Absolutny zakaz wstępu dla napojów słodzonych, alkohol w umiarkowanych ilościach.

 

W jednym z artykułów znalezionym w Internecie przeczytałam stwierdzenie, że clean eating to nowy trend, który zrobił furorę w Ameryce i teraz przywędrował do Europy. Pomijając fakt, że nowinki żywnościowe zza oceanu darzę szczególnym sceptycyzmem, nie podoba mi się nazywanie czystego jedzenia trendem, ponieważ sugeruje to, iż moda na jedzenie bez sztucznych dodatków za chwilę przeminie i ludzie znów zaczną odżywiać się „normalnie”.

Na koniec jeszcze jedno – gdybyście nadal nie mieli motywacji do wprowadzenia pozytywnych zmian w menu: zwolennicy clean eating obiecują, że konsekwentne przejście na żywność nieprzetworzoną wspomaga utratę zbędnych kilogramów. Pozostałe długofalowe korzyści to ładniejsza cera, sprawniejszy metabolizm, rzadsze bóle głowy, więcej energii i lepsza koncentracja. Warto? Moim zdaniem tak. Zdrowo odżywiany na co dzień organizm wybaczy, jeśli czasem dostanie mu się croissant z dżemem brzoskwiniowym na śniadanie.