Długa droga po mydło do włosów

mydlo_do_wlosow_szampon_bez_Sodium_Lauryl_Sulfate

Lau-ry-lo-siar-czan sodu – nałożylibyście sobie coś takiego kiedykolwiek na skórę albo włosy? A gdyby był dodatkowo etoksylowany? Brrr – tego nie radziłabym używać nawet najgorszemu wrogowi… A jednak niestety praktycznie każdy z nas to robi – sobie i nawet swoim dzieciom. Bo te enigmatycznie brzmiące nazwy to polskie tłumaczenia dwóch najbardziej rozpowszechnionych składników mydeł, szamponów i płynów pod prysznic: Sodium Lauryl Sulfate (SLS) i Sodium Laureth Sulfate (SLES).

Co to za paskudztwa? SLS i SLES należą do grupy tzw. środków powierzchniowo czynnych – kto uważał na chemii, ten wie, że substancje te w kontakcie z zabrudzoną czy zatłuszczoną powierzchnią powodują usunięcie z niej cząsteczek brudu i zanieczyszczeń. Detergenty te od dawna stosowane są w przemyśle do mycia i odtłuszczania urządzeń i pomieszczeń. Nie dziwi więc, że jako składniki kosmetyków SLS i SLES oprócz brudu usuwają lipidy odpowiedzialne za prawidłowe funkcjonowanie skóry. W efekcie pH skóry zmienia się i staje się ona sucha, szorstka i podatna na podrażnienia. Natomiast w przypadku włosów SLS i SLES uszkadzają ich osłonki, co powoduje łamliwość i rozdwajanie.

Jakiś czas temu na ww. substancje padło nawet podejrzenie, że mogą byc przyczyną powstawania nowotworów. Na szczęście według Amerykańskiego Stowarzyszenia Onkologicznego rewelacje te nie zostały potwierdzone badaniami. Jednak nawet jeśli nie ma bezpośredniego związku pomiędzy stosowaniem SLS i SLES a występowaniem raka, argumenty przeciwko tym dwóm substancjom są na tyle wystarczające, żeby zacząć ich unikać – kogo interesują konkretne dane, zapraszam do zapoznania się z raportem opublikowanym w International Journal of Toxicology (w jęz. ang.).

W moim wypadku dodatkowym argumentem za tym, żeby zrezygnować ze stosowania tradycyjnych szamponów, które przeważnie zawierają SLS, było to, że przy kolejnej wizycie fryzjerka zdiagnozowała moje włosy jako „trudno rozczesywalne” – nawet nie przesuszone czy zniszczone – po prostu „takie już są, musisz stosować odżywkę do rozczesywania”. Mniej więcej w tym samym czasie trafiłam gdzieś na artykuł zalecający, aby po każdym użyciu specyfiku zawierającego SLS lub SLES zastosować inny kosmetyk, który przywróci równowagę lipidową skóry czy odżywi włosy. Aha… – czyli mam najpierw zaaplikować sobie jedno dziadostwo, a następnie drugie, które ma złagodzić skutki działania poprzedniego? No tak, z punktu widzenia producentów kosmetyków to nawet logiczne: pieniądze zarobione na sprzedaży obu specyfików wędrują zwykle do jednego worka… Oliwy do ognia dolał fakt, iż odzywka w sprayu, którą stosowałam, oraz wszelkie szampony ułatwiające rozczesywanie zwykle zawierają płynny plastik.

Krok pierwszy: odstawiam odżywkę w sprayu – nie było łatwo, moje półdługie włosy były po myciu bardzo splątane, więc rozczesywanie wymagało czasu i cierpliwości.

Krok drugi: rezygnuję ze stosowania szamponów z SLS i przerzucam się na szampony bardziej naturalne, np. Alverde – na początku niestety wrażenie nie do konca domytych włosów, ale nie poddaję się.

Krok trzeci: ograniczam ilość szamponu stosowaną do każdego mycia – zawsze wierzyłam, że jeśli na butelce napisano „W razie konieczności czynność powtórzyć”, to ta konieczność jest i już. Nic bardziej mylnego! Ponieważ nie stosuję żadnych pianek i lakierów do włosów i rzadko tarzam się w kurzu 😉 wystarczy, jeśli najpierw umyję włosy samą ciepłą wodą, a następnie niewielką ilością szamponu i dokładnie spłukam.

Krok czwarty: kupuję duże opakowania szamponu – żeby ograniczyć ilość produkowanego plastiku.

Krok piąty: czytam o mydle do włosów – że trzeba dobrze dobrać do rodzaju włosów, że trzeba dobrze spłukać, bo mogą sypać się mydlane łuski, że może nawet konieczna jest płukanka z octem jabłkowym, że nawet 2-3 tygodnie wygląda się jak strach na wróble, bo włosy długo przyzwyczajają się do mydła, że to, że tamto – ale na końcu że warto.

Krok szósty: kupuję mydło do włosów – raz kozie śmierć, najwyżej zużyję do prania.

Mydło kupuję w lokalnym sklepie bez opakowań, pochodzi z niewielkiej manufaktury mydeł i obłędnie pachnie melisą. Skład: woda, olej kokosowy, olej rycynowy, oliwa z oliwek, olej z kiełków przenicy, masło shea, naturalne olejki eteryczne. Jedyne, co wzbudza moje podejrzenia to soda kaustyczna, ale podobno bez niej żaden tłuszcz nie ulegnie zmydleniu, zatem odpuszczam.

Myję jak dotychczas: dużo wody na początek, następnie namydlam włosy… i tu mały zonk: mydło się pieni może przez 5 sekund, a następnie piana znika. Jako że jeśli coś się nie pieni, to mam wrażenie, że nie myje dość skutecznie – następnym razem namylam raz-dwa i szybko wmasowuję w skórę głowy i włosy. Rozczesywanie? Bajka – żadnej plątaniny, wystarczy zwykła szczotka i gotowe. Jeszcze mokre włosy są jakieś inne w dotyku, bardziej miękkie. Potwierdza się to zresztą podczas suszenia: po umyciu mydłem włosy stały się aksamitne, jakby bardziej nawilżone, jest ich też optycznie zdecydowanie więcej!

Zanim napisałam ten tekst, testowałam mydło do włosów przez ponad tydzień, myjąc nim głowę codziennie lub co drugi dzień – za każdym razem efekt wow! Jedyne, czego jeszcze nie mogę stwierdzić, to na jak długo wystarczy jedna kostka. Ta, którą kupiłam, jest dość niewielka i kosztowała ponad 5 euro, więc mam nadzieję, że trochę mi posłuży.

Dlaczego nie spełniły się te wszystkie przepowiednie z sypiącymi się łuskami i długim przyzwyczajaniem włosów do nowego sposobu pielęgnacji? Może miałam szczęście i bezwiednie od razu dobrałam właściwe mydło? A może – i to moim zdaniem bardziej prawdopodobne – ponieważ stopniowo zmieniałam produkty i przyzwyczajenia, moje włosy miały szansę się przystosować. Dzięki temu nie zaliczyły szoku, który pewnie następuje, jeśli z dnia na dzień odstawi się szampon z SLS/SLES i zastosuje „szampon w kostce”.

Właśnie taką nieco może dłuższą drogę Wam rekomenduję, a do wyżej opisanych korzyści dodaję jeszcze dwie: mydło do włosów nie zawiera mikroplastiku i to w formie kostki sprzedawane jest zwykle bez opakowania, ewentualnie owinięte w papierek z nazwą i składem. A stosowanie wszelkich produktów bez opakowań, szczególnie plastikowych, równa się mniej śmieci.