Drobnym druczkiem: skład kostki rosołowej

kostka_rosolowa_niedzielny_obiad_rosol

W wielu polskich domach nie ma niedzielnego obiadu bez rosołu. Zwykle z kurczaka, czasem z kaczki albo na wieprzowej kości, z dodatkiem warzyw i przypraw. Z makaronem albo ryżem, lanymi kluskami, w niektórych regionach – z ziemniakami. Ten wpis nie będzie jednak o unikaniu naszpikowanego hormonami drobiu albo pokrytych pestycydami jarzyn. Chcę zwrócić uwagę na niepozorny dodatek, bez którego niestety wiele pań domu nie potrafi się obejść: kostkę rosołową.

Czytaliście kiedyś, jaki taka mała kostka ma skład? Nie jest to łatwe, bo długa lista składników przeważnie napisana jest drobnym druczkiem.

Ja jakiś czas temu wytężyłam wzrok i od tamtej pory omijam sklepowy regał z kostkami i bulionetkami szerokim łukiem. A rosół – rzadko, bo rzadko, ale jednak – przygotowuję według przepisu, który znajdziecie na końcu artykułu.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład: rosół z kury jednej z najbardziej znanych marek. Listę składników otwiera oczywiście sól, następnie mamy tłuszcz roślinny, potem (jakże by inaczej!) substancje wzmacniające smak i zapach: pyszny glutaminian sodu, apetyczny inozynian disodowy, wyśmienity guanylan disodowy, oraz skrobię. Nadal nie widzę tu kury… A nie, przepraszam – jest! Tłuszcz kurzy. Całe 3%. Następnie mamy aromat i kurkumę. I wreszcie pierwsze warzywo: marchew. Kolejne składniki na liście to ekstrakt drożdżowy i… cukier. Potem jest nieco lepiej, ale nie na długo: natka pietruszki, nasiona selera, lubczyk. Następnie regulator kwasowości w postaci kwasu cytrynowego i znowu na bogato: suszony ekstrakt z mięsa kurzego w ilości 0,1%. Listę zamyka karmel amoniakalny w roli barwnika.

Inne koncerny spożywcze również oszczędnie gospodarują składnikami, które tak naprawdę decydują o smaku bulionu (czyli mięso i warzywa), dodając je do kostek rosołowych w mikroskopijnych ilościach. Czasem zaszaleją i dorzucą w promocji ekstrakt lub sok z pieczarek, coby poudawał smak leśnych grzybów.

Ponieważ nie jestem ani lekarzem, ani ekspertem w dziedzinie technologii żywności, nie będę się rozpisywać w szczegółach o powyższej liście składników. Przytoczę tylko kilka informacji, które znalazłam, przygotowując ten wpis, i które potwierdziły, że moja niechęć do kostek rosołowych jest uzasadniona:

  • glutaminian sodu zwiększa ryzyko wystąpienia nadwagi i otyłości, ma niekorzystny wpływ na przewodnictwo nerwowo-mięśniowe, a spożywany w większych ilościach może doprowadzić do zaburzeń hormonalnych,
  • pozostałe wzmacniacze smaku stosowane do produkcji kostek rosołowych także mogą wywołać negatywne reakcje, jak np. bóle głowy, dolegliwości ze strony układu trawiennego, nudności, uczucie osłabienia czy… bezsenność,
  • poważne podejrzenia budzi również stosowany do produkcji kostek rosołowych i nie tylko chemicznie utwardzany tłuszcz roślinny (tzw. tłuszcz trans), który podnosi ryzyko chorób serca, cukrzycy czy osłabia układ odpornościowy, a nawet zwiększa ryzyko choroby nowotworowej,
  • i wreszcie karmel amoniakalny jest oskarżany o negatywne działanie na układ trawienny, a także podejrzewany o działanie rakotwórcze.

Jak smakował tradycyjny niedzielny rosół, zanim reklama wmówiła milionom pań domu, że bez kostki to raczej przeciętnie?

Ano, żeby uzyskać ten nieciekawy smak, nasze babcie brały mięso – najlepiej kilka rodzajów, np. kawałek wołowiny, porcję rosołową lub skrzydełka z kurczaka, szyję z indyka. Do tego świeże warzywa: marchew, pietruszkę (korzeń i natkę), kawałek pora, kawałek selera, niewielki kawałek kapusty włoskiej i lekko przypaloną na ogniu cebulę, oraz przyprawy według gustu: sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, czasem koperek czy majeranek. Mięso zalewały zimną wodą i po zagotowaniu usuwały zbierające się na powierzchni szumowiny. Następnie gotowały mięso dalej bez przykrycia, na baaaaardzo wolnym ogniu tak, aby wywar tylko delikatnie bulgotał – to właśnie jest cała tajemnica: rosół nie może zbyt mocno wrzeć, w przeciwnym razie będzie mętny. Po około godzinie dodawały pokrojoną na mniejsze kawałki włoszczyznę i przyprawy i gotowały przez kolejną godzinę lub – wersja dla wytrwałych: nawet dwie.

Proste? Proste. Pracochłonne? Jak każda zupa z mięsem i pokrojonymi warzywami.
Kostka rosołowa naszpikowana chemią? Zbędna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *