Nowe życie rzeczy: kilka słów o wystawkach

To było miłe zimowe popołudnie. Obładowana zakupami (zapakowanymi w eko torby, a jakby inaczej?), ale pełna optymizmu, wracałam z pracy. Tuż przy wejściu do bramy mojego budynku spotkałam sąsiada i ucięłam sobie z nim krótką pogawędkę o pogodzie i bieżących wydarzeniach politycznych. W pewnym momencie przyciszył głos, pochylił się nade mną i wyszeptał, że… koło osiedlowego śmietnika leży dużo butów i wszystkie są jak nowe. Że koniecznie muszę sprawdzić, czy nie ma jakichś w moim rozmiarze. Uśmiechnęłam się, podziękowałam za informację i weszłam do domu…

[Autorką wpisu jest Mo z Mobloguje.pl]

Buty w moim rozmiarze

Koło śmietnika leżały buty w moim rozmiarze. Wiedziałam, bo wieczór wcześniej wystawiłam ich cały karton, żeby ktoś sobie wziął, za darmo. Mnie nie były już potrzebne. Mam dużo butów. Bardzo dużo. Wspominałam o tym zresztą w moim tekście „Zakupy vs zakupy”. Wystawiłam z nadzieją, że znajdą nowe stopy, które zechcą je nosić. Nauczyłam się tego od Niemców, dla których oddawanie dóbr w taki sposób (poprzez umiejscowienie ich koło bramy lub koło kosza na śmieci, często z napisanym objaśnieniem, że coś jest „do wzięcia” lub „za darmo”) jest najbardziej naturalną rzeczą świata.

Czarna kurtka

Dwa tygodnie wcześniej w tym samym miejscu leżała ona. Czarna kurtka w pasującym na mnie rozmiarze. Brudna i pomięta, ale postanowiłam dać jej szansę (jako że przewidywałam już zbliżające się rozstanie z wysłużoną 10-letnią ramoneską z czasów licealnych). Ktoś jej nie potrzebował, postanowił oddać. Jest moja od niedawna i już stanowi jeden z moich ulubionych elementów garderoby. Ktoś z sąsiadów uznał ją za śmieć – dla mnie jest obecnie skarbem.

Jak uratować przedmiotowi życie

Znajomi pytają czasami, skąd mam tyle książek i gdzie kupuję takie dizajnerskie garnki. Odpowiadam zawsze bez wahania, że ze śmietnika. A właściwie to z jakiegoś takiego pośredniego punktu pomiędzy starym właścicielem przedmiotu a koszem na śmieci. Jeśli pojawiam się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie – mogę uratować temu przedmiotowi życie. Konkretniej – dać mu nowe życie. To właśnie mam w zwyczaju robić, stąd opinia sąsiadów, jakobym miała zainteresować się pozostawionym „do wzięcia” obuwiem. Jestem znanym zbieraczem śmietnikowo-wystawkowym.

Mówię o tym z dumą. Nie czuję, żeby to było coś złego, albo wstydliwego. Wręcz przeciwnie, myślę, że to całkiem cool. Jestem przekonana, że za parę lat wszyscy to będą robić. Oddawać i brać, jak Niemcy. Wystarczy spojrzeć na popularność fanpage’a Uwaga, śmieciarka jedzie. Autorzy (oraz społeczność) informują o znalezionych przez siebie ciekawych meblach wystawionych na śmietnik. Chętnych do przygarnięcia ich pod swój dach nie brakuje.

Kolekcja kubków z wystawek, pierwsze wydanie ulubionego komiksu znalezione w koszu na makulaturę, własnoręcznie przemalowane krzesło uratowane przed śmieciarką czy kapelusz, który leżał na chodniku i miał przyczepioną do ronda kartkę z napisem „Take me :-)”… takie rzeczy mają historię. W tym tkwi ich wartość.

Miłość jej życia

Jeśli znajduję coś, co mi się przyda, coś, co mi jest potrzebne – biorę. Korzystam z dobrodziejstwa „wystawki” także czynnie – z wielką satysfakcją i ulgą oddaję niepotrzebne rzeczy. Gdy znikają sprzed domu, zastanawiam się, do kogo trafiły. Może teraz staną się dla kogoś bardzo ważne? Może te kalosze, które położyłam koło śmietnika, dokładnie te, które pozyskałam kiedyś drogą wymiany za paczkę pampersów, uratują komuś stopy podczas zbliżającej się odwilży? Albo nowa właścicielka wreszcie wykupi sobie poletko w ogródkach społecznych, bo ma już odpowiednie obuwie do lawirowania pomiędzy grządkami? Może ktoś zabierze te kalosze na letni festiwal na wypadek deszczu i trafi w nich do zestawienia najlepiej ubranych festiwalowiczów według jakiegoś modowego magazynu? A może zaczepi ją ktoś na ulicy i powie: „Hej, ale masz ładne kalosze!” i zaczną rozmawiać, i okaże się, że to była miłość jej życia i że on też lubi spacery w deszczu?

Gdy znajduję puzzle z pociągiem, to zachodzę w głowę, czy dziecko, które je wcześniej układało, jest takim entuzjastą pojazdów szynowych jak mój syn? Czy było tak samo niecierpliwe, kiedy nie mogło dopasować do siebie poszczególnych elementów, jak mój 2 i pół latek? A może w ogóle nie lubiło tych puzzli i tylko kurzyły się na półce? Może to był zdublowany prezent? Te historie zawsze są niedopowiedziane i zostawiają pole do popisu dla naszej wyobraźni.

Skarby

Niezależnie jednak od tego, jak potoczą się dalsze losy przedmiotów, albo co działo się z nimi wcześniej – ważne, że znalazły nowy dom i nie zasiliły szeregów śmieci na wysypisku (lub, co gorsza, w lesie). Moje „wystawkowe” łupy traktuję jak skarby. Nie potrafię przestać cieszyć się z tej znalezionej kurtki. Jest dokładnie taka, jaka być powinna. Ciężko mi uwierzyć, że ktoś chciał się jej pozbyć, ale skoro chciał… to przyjęłam ją z otwartymi ramionami.

9 thoughts on “Nowe życie rzeczy: kilka słów o wystawkach

  1. Zdecydowanie wystawki powinny zagościć i w Polsce. Co prawda czasem się zdarza jakiś mebel czy zużyty sprzęt pod śmietnikiem, ale nadal mamy w zwyczaju myśleć, że to dla biednych i bezdomnych. Sama często biorę udział w odzieżowych wymieniankach, które pośredniczą w pozbywaniu się ubrań przez jednych, a zdobywaniu przez innych. I uważam to za jeden z lepszych sposobów na dawanie rzeczom drugiej szansy, drugiego życia, ale też element dbania o środowisko. Wszystkich do tego zachęcam!

    1. Jestem ogromną fanką ciuchowych swapów, we Wrocławiu często się odbywały, kilka razy brałam udział i to jest fantastyczna sprawa. W rodzinie zresztą mamy niekończący się przepływ ciuchów. Ja, mama, kuzynka, ciocia, babcia. Nieustanna wymiana. Czasem po kilku latach coś wraca do pierwotnej właścicielki i znów jej się podoba (choć oddała, bo się znudziło).

  2. W mojej dzielnicy (a właściwie, to w bloku, w którym mieszkam) wystawianie nieużywanych przedmiotów jest czymś normalnym. W ciągu miesiąca w ten sposób zdobyłam podwójną miskę dla kotów, ogromne puszki na makaron, deskę, która idealnie pasuje do sztalugi i pomaga mi w ćwiczeniu malowania. Często da się tam znaleźć działające deski do prasowania, radia, doniczki z kwiatami… Ja zostawiam tam ubrania, których już nie noszę. Jak widać, wszędzie ludzie czują potrzebę wymieniania się. 🙂

    1. Fantastycznie, że tak jest. Ja mieszkałam wiele lat w bloku i zdarzało się, że ludzie coś wystawiali, ale głównie bardzo zniszczone rzeczy. W Polsce na osiedlach domów jednorodzinnych brakuje mi tej tradycji wystawiania. W Niemczech to właśnie w takich dzielnicach można znaleźć najfajniejsze skarby.

    2. wymiana rzeczy jest super ja świątecznego stroika ja pani niemeicka nie robię bo mam sama skombinowany i taniej wychodzi i oszczędzam

  3. podoba mi się to 🙂 odkąd pamiętam moja mam niepotrzebne rzeczy w dobrym stanie wywieszała przy koszu na śmieci. Zawsze znikały po jednym dniu. Dziś mamy zwyczaj oddawać rzeczy do opieki społecznej, która rozdaje je potrzebującym.

  4. Po pierwsze, cieszę się, że wróciłaś. Od dawna wiem, teraz nadrabiam 😉 uwieeeelbiam oddawać. Uwielbiam gdy moja garderoba kurczy się. To jak powiew morskiej bryzy 🙂 ja oddaję w konkretne miejsca ośrodek readopcji społecznej, dom samotnej matki, dorabiającej w Polsce Ukraince. Ostatnio mój niespełna czteroletni syn zapakował POŁOWĘ (a miał och o zgrozo 104, policzyłam) samochodów i stwierdził, że już ich nie chce i mam je oddać biednym dzieciom. Zaskoczona zapakowałam samochody, ale postanowiłam wstrzymać się 2 tygodnie, żeby się przekonać, czy synalkowi nie odwidziało się. Albo, żeby zobaczyć, że w jego głowie nie zrodził się chytry plan pod tutułem oddam stare dostanę nowe. Ale nic z tych rzeczy. Po 2 tygodniach dalej chciał je oddać, nic nie chciał w zamian i tylko pytał, czy dzieci się ucieszą. Jestem z niego na prawdę dumna

  5. ja świątecznego stroika nie robię bo nie potrzeba bo myśle ja pani tajemna ta sama sytuacja z wystawkami oddajesz zamieniasz handlujesz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *